Lublin Pana Jana

Historia pana Jana

Brama Grodzka

Nieznośne pchły powodem były, że się obudziłem w niedzielę, przecierając rękoma zaspane oczy siadłem na wyrku po chwili podeszłem do okna i zobaczyłem, że zapowiada piękny ciepły dzień. Siostry i bracia byli już przyszykowani do porannego jadła siedząc przy stole zaobserwowałem matkę która trzymając duży bochen sitkowego chleba w lewej ręce, prawą ręką robiła znak krzyża, krojąc porcje dla każdego, gwarząc tak siedząca obok mnie siostra poprosiła o dolewkę herbaty, natomiast druga siostra siedząc bliżej kuchni wstała biorąc czajnik z kuchni potrąciła mnie czajnikiem i oblała moje lewe ramię, gdzie do dziś mam znak. Ból był wielki, ale jak na psie wszystko się zagoiło.

Podwal to miejsce mego urodzenia, to była gwarna ulica, kończyła się obok Bramy Grodzkiej. Przez Bramę Grodzką w czasie dnia przewinęło się mnóstwo ludzi, moje miejsce zabaw to była Brama Grodzka, ulica Podwal kończyła się na posesji Bramy Grodzkiej, gdy była ładna pogoda to ja tam podążałem i spędzałem dużo czasu. Dom Bramy Grodzkiej miał w swem pomieszczeniu, bo to od ulicy Podwal była taka skarpa w której był sklep, a dach tego sklepu to był tak murowany taras, tam na tym dachu - tarasie było dużo słońca, były też 2 sklepy Sodówka co sprzedawała wodę z sokiem malinowym, a drugi sklep to był szewc.

Ponieważ ja byłem 12 dzieckiem więc mając ciężkie warunki domowe byłem taki licho zbudowany, miałem chorobę, która nazywała się Angielska prawdopodobnie z wilgoci, tak że do 5 lat nie chodziłem. Gdy w dzień pogodny matka chciała bym był na słońcu to mnie wynosiła wózkiem do tej Bramy Grodzkiej na ten dach przy bramie grodzkiej, ja miałem taką poduszkę na pupie, że jak dzieci nie było lub nie chcieli się ze mną bawić to o rękach po chodniku czyli kocich łbach się poruszałem tak że jak mama mnie szukała to pytała żydów handlarzy o mnie, żydzi odpowiadali Janek, Jochan a to ten , bo tak mnie nazywali żydzi, szajgiec, szejgice, szeigiec, A wiem widziałem go on jest tam czy tam lub TAM.

Gdy matka mnie znalazła to przyniosła mi chleb, to był przysmak, duża skojka chleba była zamoczona lekko w lustrze wody i na tej skromce chleba zwilgoconej sypało się cukier kryształ, to był cały mój przysmak. Tak rodzice biedni żywili swe pociechy, czy to był Żyd czy Polak. Bo po tej stronie Bramy Grodzkiej jak jest Zamek to przeważnie mieszkali biedni, albo bardzo biedni. Życie nie dzieliło nikogo ubiorem Polak ubogo ubrany a Żyd hałaczasz.

Nie wiem jak żyli Polacy bo mój ojciec był rzemieślnikiem-bednarzem, pracował dla Vetterów lub Vettera ale biedni Żydzi to trudnili się szkleniem okien, zbieraniem starych szmat i złomu, sprzedażą pnezu to taka woda gotowana, jabłka z wodą do picia.

Bieda była dużą, pamiętam tu gdzie jest MPK przystanek przy wejściu do Saskiego Ogrodu to w porze obiadowej wydawali zupę dla biednych, którzy stali w ogonku młodzi ludzie.

65 lat temu zaobserwowałem taki wypadek, że mężczyzna w sile wieku zawodu stolarz poszedł pieszo do Warszawy szukając pracy, wrócił i na Dolnej Panny Marii się powiesił, był to rok 1934.

Lata szkolne

Gdy byłem w latach chodząc do szkoły podstawowej, zapis do szkoły to nie był tak jak obecnie wyznaczony rejon w którym zamieszkujesz. Mieszkałem przy ul. Al. Racławickie, a uczęszczałem do szkoły przy ul. Rury Jezuickie, obecnie nazywa się ulica Nadbystrzycka. Dokładny opis to piętrowy domek stojący obecnie na rogu Głębokiej nr 2. W tym domku byli i lokatorzy, salka czyli pokoik gdzie odbywały się lekcje znajdował się na poddaszu. Temat który piszę to było spóźnienie się mnie na lekcje.

Idąc do szkoły w styczniowy mroźny poranek wyszłem z rańcem na plecach do szkoły. Na rogu Al. Racławickiej a ul. Lipowej stał krzyż, przechodząc zdjąłem czapkę, idąc ul. Lipową do szkoły tu gdzie jest obecnie dom restauracyjny Lipowa nr 1 był zakład kamieniarski, właścicielem był Pan Nowakowski, miał swój parterowy domek w którym mieszkał, granice powierzchni jego posesji dotykały piętrowego domu, który ma nr 5, a obecnie mieści się tam PZU, jako dzieciakowi podobał mi się ten jednopiętrowy dom bo miał piękny balkon do dziś, gdy jadę lub idę to zachwycam się nim, gdy zachwycam się tym balkonem to przychodzi mi na myśl pomnik Adama Mickiewicza w Warszawie, który ma ogrodzenie w podobnym stylu.

Następny temat to plac duży Lipowa 7, gdzie obecnie jest szkoła, to był plac do ujeżdżania koni strażackich. Strażo-wóz był w czasie pożaru przez bardzo silne konie, które miały bardzo grube nogi ciągnięte z wodą do pożaru jak i 6 osobowa obsługa strażacka która jechała po obu stronach Srtażo-wozu, wyglądało to bardzo ładnie, jeszcze dodam, że strażak trąbił w czasie jazdy do pożaru. Idąc dalej ul. Lipową należałoby coś opisać o ulicy Skłodowskiej, niestety nie było tej ulicy, było tylko tu gdzie jest Filharmonia 3 wille oficerskie, a vis a’ vis były działki oficerskie gdzie chodziłem kraść groszek zielony, reszta placu to rosły kartofle. Idąc w stronę szkoły dalej był Stadion, ponieważ ten stadion był między szkołą obecną, a cmentarzem, a cmentarz ma nr Lipowa 13, więc stadion miał nr 11.

Była to zabudowa o dużych wymiarach, gdy się wchodziło na stadion to po prawej jak i z lewej strony były Boksy, które służyły jako pomieszczenia w czasie wystaw rolniczych, byłem raz na takiej wystawie to widziałem świnie taką dużą, chyba miała więcej jak 2 metry długości tylko sapała, był tam też plac do gry w tenisa gdzie podawałem pałeczkę zarabiając na lody. Ponieważ mam obecnie 86 lat ukończone, bo jestem urodzony 4 VII 1915 roku w Lublinie, ale przez całe me życie nie widziałem takiego Cyrku jak na tym stadionie, był to cyrk nazywał się "CKLUCKI" niemiecki. Od stacji kolejowej było najbliżej do Stadionu przez Nową drogę, bo tak nazywano obecną ul. Piłsudskiego, ale ponieważ na rzece Bystrzycy był most drewniany więc były kłopoty z przejechaniem ciężarów i pewna ilość pozostała na dworcu. Gdy nastąpił dzień otwarcia udało mnie się z sprzedaży gazet zarobić na bilet. Bilet kosztował 1 złoty, gdy wszedłem do środka to zobaczyłem, że cyrk jest zapełniony w 50 %- to cyrk kolos, miasto Lublin to dla niego małe miasto, Lublin miał wówczas 100 tys. W cyrku były 3 areny, gdy się zaczęło przedstawienie to na tych 3 arenach nie było po 3 czy 5 artystów ale na 3 arenach było razem 50 artystów, nie wiadomo było co oglądać. A jeszcze żeby przemawiała prawda o mym opisie to dodam, że na zakończenia rozebrano te 3 areny i złożono na jedną i zrobiono na zakończenie wyścigi gladiatorskie, to był program piękny. Z prasy dowiedziałem się, że Cyrk ten zatonął z powodu ruchu zwierząt w czasie burzy na morzu jadąc do Ameryki. Stadion ten nie był zniszczony do wojny 39 roku. Niemcy uruchomili tam w tych boksach wytwórnię papy i tam pracowali Żydzi.

Mijając cmentarz dochodząc do ul. Namiestnikowskiej obecnie Narutowicza idąc do szkoły widziałem przebiegające zające.

W stronę stadionu sportowego, był piękny stadion, miał bardzo ładny tor wokół dla kolarzy, po wojnie na tym stadionie wybudowano komendę MO (Narutowicza 73) wreszcie doszedłem do szkoły.

Spóźniony wszedłem do klasy, a nauczycielka zagadnęła mnie: "Skoro się spóźniłeś to idź do domu", sylwetka ma była bardzo skromna. Wiedziałem, że się odróżniam moim skromnym odzie w kieru od kolegów.??? Wyszedłem - nauczycielka wybiegła za mną i mnie obruchała, natomiast ja starałem się nie spóźniać na lekcje. Nie pamiętam powodu, ale na drugi rok chodziłem do szkoły ul. Okopowa 8. Tam tylko uczęszczałem rok było mi bliżej domu w tej szkole pamiętam jak po lekcji Pani powiedziała: "Gdy będziecie szli do domu to gdy zobaczycie grupki ludzi, to się nie zatrzymujcie tylko prosto do domu". (były to majowe rozruchy w Warszawie w 1925 roku), później chodziłem do szkoły na ul. Dolna Panny Marii 10, następnie chodziłem do szkoły na Czwartku vis ‘a vis kościoła.

Warsztat Bednarski

Pracownia bednarska ojca to lokum po byłym szpitalu św. Łazarza. Ojciec wykonywał usługi stale dla firmy "Vetter", była to fabryka wytwórni piwa w Lublinie. Ojciec był nastawiony na produkcję małych beczek tj. antałków do piwa, a odbiorcą był tylko jeden na Lublin Vetter" przemysłowiec. Prócz zamówień przez firmę "Vetter" ojciec wykonywał ręcznie balie do prania bielizny, szafliki, małe wanienki do mycia dzieci, wiadra do czerpania wody żurawiem ze studni i beczki które służyły do kiszenia kapusty na zimę jak i ogórków. Szczególnie Żydzi kupowali beczki do kiszenia ogórków. Żydzi mieli swój przepis, że kiszone przez nich ogórki miały swój smak, były pyszne. Będąc przy ojcu widziałem jak kładli do beczki przekładając warstwami ogórki, czosnek i liście oraz inne zapachy. Gdy szedłem z ojcem na ulicę Wodopojną to beczki z ogórkami były wystawione w kolejności, w ten czas ojciec fachowo zakładał denko w beczce i obręcz okuł wokół młotkiem oraz sprawdził czy nie przecieka beczka zanurzona była w stawie, które były przed mostem na ul.Lubartowskiej. W ten czas tą małą wąską rzeczką która płynie od Sławinka aż do mostu na ul. Lubartowską ona była bardzo czysta, bo na Czechówce było dużo źródeł.

Od ulicy Dolna 3-go Maja aż do mostu na ulicy Lubartowskiej i ul. Wodopojnej i blisko Szewskiej to były Stawy i one były wykorzystywane przez żydowskich handlarzy. Ponieważ teren ten jest w dole więc jest podmokły, pamiętam gdy jeszcze był most na ulicy Lubartowskiej to koryto tej wody (Czerniejówki) płynęło blisko okien na parterze i kończyło się za Zamkiem płynąc przez łąki do Bystrzycy. W czasie niepogody siedziałem w warsztacie na wiórach patrząc jak ojciec siedząc na kobyłce, bo tak się nazywało to urządzenie strugał klepki dębowe na beczki, dębina to twarde drzewo a w jego rękach wymodelowana była klepka jakby to drzewo było sosnowe,tylko denerwowało mnie, że ojciec co łośnikiem wystruga klepkę to mierzy centymetrem, a gdy wystruga to numeruje i kładzie w kolejności obok siebie. Raz będąc z ojcem w fabryce piwa przy ulicy Bychawskiej obecnie ul. Kunickiego przyglądałem się jak ojciec robił beczkę, ale nie taką jak w warsztacie, lecz taka dużą- 2 m wysokości albo i wyżej, ja tylko podniosłem głowę, podziwiałem i powiedziałem, że to będzie duża beczka na piwo. A ojciec odpowiedział mi że ta beczka będzie się nazywać KADŹ i dodał - "Ja ci zrobię niespodziankę", ciekawy byłem jaki to będzie prezent. Gdy były Święta Bożego Narodzenia ojciec pod choinkę położył w papier zawinięty dla mnie prezent, była to paczka o wielkości 20 cm na 10 cm, wziąłem grzecznie, podziękowałem, bo u nas był rygor co do szacunku dla rodziców, rozwinąłem, moim oczom ukazała się małą antałeczka, te małe klepki miały ładny wygląd oraz 4 małe obręcze z blachy i korek który był z drewna. Piękny to był dla mnie prezent, który pamiętam do dziś, choć upłynęło już 80 lat.

Rusałka

Gdy się idzie ulicą Zamojską ku dworcowi PKP to ulica Zamojska kończy się przy moście, który został zbudowany w 1909 r. Żelbetonowy most z czterema wieżyczkami, był ozdobą i łączył ulicę Zamojską z 1-go Maja. Dziś to zabytek miasta Lublina, w tym czasie też byli ludzie z głową, zaczęto myśleć nad wykorzystaniem nieużytków bo to były łąki, postanowiono założyć takie wesołe miasteczko. Austria miał w tym czasie Prater z tym słynnym kołem, a w Lublinie miejsce rozrywek i zabaw nazwano "Rusałką".

Po prawej stronie idąc w stronę PKP wykopano, niedaleko mostu, dwa kwadratowe kanały blisko rzeki wielkości 500 m2 każdy oraz połączenie by woda z Bystrzycy wpływała i wypływała, a między tymi kanałami była wysunięta półwysepka i na tej półwysepce stanął cyrk drewniany, niedużej wielkości. W środku była arena oraz wokół areny były również drewniane loże, też bardzo pięknie ozdobione o temacie regionalnym, podobne loże były w teatrze przy ulicy Jezuickiej na Starym Mieście tylko, że na I piętrze.

Obecność moja była tam przeważnie w niedzielę. To cudo zwane "Rusałka" było dla miasta nowością i radością. Gdy przyszła NIEDZIELA to po południu było już rojno. Cyrk miał swych wielbicieli, była też podłoga do tańca - tańczono polki, mazurki i oberki co sił, co tchu i dla zakochanych było miejsce też łódki, pary wsiadały i pływały zapatrzone w siebie, łódki były w kolorach, dziewczęta uśmiechnięte śpiewały swojskie piosenki.

Młodzież w latach szkolnych też miała swój cyklodrom, cyklodrom to był w tym miejscu, gdzie jest barak co kiedyś sprzedawali bilety na konne wyścigi, teraz jest pasaż obudowany wokół, a to podwórze to był "Cyklodrom", wypożyczał on rowery na godziny, jechało się wokół placu na czas. Rower w tych czasach był drogi by go kupić. Jazda 1 godz. to była radość dla chłopca czy dziewczynki na cały tydzień. Cała ta strona prawa to były łąki, tak że nie było skąpo co do terenu. Tu gdzie są baraki spółdzielni dla niewidomych, to jak Bystrzyca była jeszcze nieuregulowana to koryto rzeki płynęło prosto, a tu gdzie jest spółdzielnia niewidomych rosła przy rzece wierzba bardzo duża.

Gałęzie jej spadały do rzeki i opierały się o lustro wody, tam na tym zakręcie Cyganie mieli swój obóz. Dawniej dziewczęta lubiły sobie wróżyć więc te Cyganki wróżyły. Co się tyczy tego miejsca to pamiętam, że tam przychodzili malarze i na płótnie utrwalali piękność cygańską, często Cyganki pozowały oparte o to duże drzewo wierzbowe nad rzeką. Rzeka Bystrzyca też nieraz wiosną płatała figle. Wody Bystrzycy nieraz zalały teren aż pod domy przy ul. Dolnej Panny Marii nr 10, gdzie była szkoła powszechna. Lubiła też nieraz przepłynąć przez ulicę Zamojską i odwiedzić ulicę Przemysłową płynąc przez ul. Miłą.

Tak żyli mieszkańcy Lublina, ci co korzystali z zabaw "Rusałki" i ci co przyszli z pociechami do "Rusałki" bez grosza by tylko oczy nacieszyć, bo Polska była po 123 latach niewoli carskiej krajem młodym i biednym, a był to rok 1925.

O pomniku Józefa Piłsudskiego

9 VIII 2001 r. w "Kurierze Lubelskim" przeczytałem artykuł "Żonglerka marszałkiem". Temat gdzie postawić pomnik marszałka Józefa Piłsudskiego w Lublinie osoba v-ce prezydenta jest by stanął na placu Litewskim, będąc chłopcem około 15 lat czytałem w prasie lubelskiej, że pomnik Marszałka miał stanąć na nowej drodze, to jest przy ul. J. Piłsudskiego róg alei Zygmuntowskiej na rogu gdzie C.P.N. Wojna przerwała te plany.

Obecnie gdzie ma stanąć pomnik powinno się odbyć echem dyskusji Lublinian. Większość powinna zadecydować, jestem Lubelakiem urodzonym w 1915 roku w Lublinie na Starym Mieście i proponowałbym by pomnik Józefa Piłsudskiego stanął na Starym Mieście w miejscu przed Trybunałem Koronnym, skoro władze miasta nie postawiły na stare miejsce pomnika Jana Kochanowskiego w roku 1951. Zajął on miejsce vis ‘a vis Teatru Osterwy.

A dlaczego osobą bo marszałka Polski to idea wolności i niepodległości Polski, to wyzwolenie Polski z 123 lat niewoli, obok Bramy Krakowskiej jechali żołnierze legioniści by odeprzeć wrogów polskich, rok 1920 był finałem odparcia, gdyby Piłsudski po Bitwie pod Warszawą nie zdołał powstrzymać armii sowieckiej to nie tylko Chrześcijaństwo doznałoby klęski lecz całą cywilizacja zachodnia.

Magistrat

Mając 15 lat już interesowałem się życiem, które mnie otaczało, interesowali mnie żydzi bardzo biedni, biedni, bogaci i mniej zamożni, na przykład tu gdzie jest Urząd miejski czyli Magistrat to za Magistratem był budynek parterowy z wysokim płotem murowanym w którym były małe zakratowane okienka, to tam była tak zwana "Koza". Jeśli ktoś był ukarany na 2 lub 3 dni aresztu to tam szedł siedzieć nie płacąc kary.

Tacy jak ja to był trochę za młody, ale jak miał ukończone 18 lat to mógł odsiedzieć za kogoś, to właśnie w tych czasach ta biedna młodzież sobie parę złotych zarabiała i tam pod ten mur przychodzili ci biedni. Ktoś przyszedł powiedział głośno, kto zarobić mam 2 czy 3 dni odsiadki, porozumienie było ustne, ile dasz za 3 dni odsiadki, to on powiedział 2 złote, a ten co miał za niego siedzieć mówi dasz 3 złote - regulamin pozwalał aby tylko pod tym nazwiskiem ktoś siedział, to był areszt na tyłach Urzędu Miejskiego od strony Targu, gdzie teraz stoi pomnik żydowski.

Natomiast od frontu Magistratu przy schodach po prawej stronie gdzie była ulica Nowa był sklep Hercmana Żyda, który sprzedawał artykuły gospodarstwa domowego, to na tym rogu stali bezrobotni rzemieślnicy i ludzie bez zawodu, gdy ktoś kogoś do jakiejś pracy co ma krótkie nogi potrzebował, to brał takiego człowieka na kilka godzin czy dzień czy dwa i w ten sposób zarabiał ten bezrobotny, wśród nich byli też rzemieślnicy: stolarze, ślusarze, murarze, szklarze, zduni.

Natomiast po lewej stronie Magistratu między schodami głównymi a kościołem św. Ducha to stał taki mały niski domek 1-piętrowy, taki domek jest obecnie przy Placu Bychawskim przy rogu 1-go Maja. W tym domku obok Magistratu była żydowska sodówka, a nad sodówką małe mieszkanko z małym okienkiem. Ta żydowska sodówka prosperowała dobrze, tam można było kupić smaczne ciastko, serniki i wypić wodę sodową z sokiem malinowym. Ten obecny Magistrat to był tak zabudowany jak Zamek na Starym Mieście, przykładowo pokazuje zdjęcie zrobione z okna piętrowego domu który stał vis’a vis bramy wjazdowej na Zamek na odległość 10 metrów i ja zdjęcie zrobiłem prosząc Żydówkę bym mógł przez okno z jej pokoju fotkę wykonać.

Na środku placu przed Krakowską Bramą, Magistratem, ulicą Krakowskie Przedmieście, ulicą Kozią oraz ul. Królewską stała wysoka duża latarnia. Ona była ozdobą miasta, ona oświetlała życie młodych, ich blaski i cienie, dużo było piosenek, coś w rodzaju warszawskiej "Czarnej Mańki"

Gdy raz byłem w teatrze Osterwy, gdzie na scenie wystąpiła artystka w roli ulicznicy oparta o latarnię i śpiewała andrusowskie tanga, to teatr pękał w szwach od parteru aż po galerie. Przy Bramie Krakowskiej po prawej stronie stali dobrze zbudowani Żydzi, dobrze zbudowani jak siłacze wagi ciężkiej niczem "SAMSON", zwało się ich żywą furo czyli "żywe fury". Ubrany był w lecie w skromne łachy i miał sznur bardzo gruby, którym był obwiązany. Moja mama miała sklep usługi przy ul. Szopena 15, a kupiła szafę dwudrzwiową w komisie w Rynku na Starym Mieście, mówi do mnie masz Janek kwit, odbierzesz szafę, najmiesz tragarza, bo tak ich nazywano, to on tę szafę zaniesie na ul. Szopena, ja wynająłem go i on tą szafę niósł na plecach do Szopena 15 i wziął 1 złoty, to była wartość 1 kg cukru, płacąc patrzyłem na jego twarz po której spływały krople potu, współczułem mu.

Ale i ja miałem ciężkie dni przeżycia. Usługi pralnicze technicznie były ulepszane przez elektryczność i to było przyczyną konkurencji oraz zdobycia klienta i tak jak teraz wszystkiego było pełno, ale był kryzys, aż wybuchła wojna w 39 r.

W pierwszych dniach pobytu Niemców w Lublinie dało się zauważyć, że Żydzi mieli podwiązane brody, okazało się, że Niemcy obcinali brody, potem Żydzi nie mogli chodzić po Krakowskim Przedmieściu, później wyszło zarządzenie, że Żydzi mogą opuszczać Lublin udając się za rzekę Bug. Pełno było furmanek na ul. Zielonej, Staszica, Radziwiłłowskiej. Zawsze miałem Żydów za mądrych i lisio przebiegłych i nie mogłem się z tym pogodzić, że bogaci Żydzi nie skorzystali z wyjazdu, liczyli nie wiem na co, Blitzkrieg zamknęła wyjazd, ale chwilowe zezwolenie Żydom opuszczenie Lublina było dla niektórych Żydów zbawieniem, tu mam na myśli Żydów bogatych, ale i ja miałem kolegę szkolnego Żyda, to pamiętam byliśmy na Placu Litewskim siedząc rozmawiałem z nim mówiąc mu czego ty nie jedziesz za Bug, to on odp. mi Co ja mam jechać, gdzie, do kogo, brak było żeby dodał za co, bo on był tak bogaty jak ja, żył dniem. Pamiętam miał na szyi takie plamy czerwone (strytuliczne) był fajnym kolegą w szkole, on znał lepiej historię Polski ode mnie. Nasza rozmowa na Placu Litewskim była ostatnią, gdzie łopotał sztandar z niemiecką swastyką. Z moich kolegów Żydów to jeden ocalał, miał przydomek LOPEK, bo on miał duży nos jak artysta który przeżył wojnę Kazimierz Krukowski.

Wojna 1939 rok

Nazywam się Błaszczak Jan urodzony w Lublinie 4 VII 1915 roku. W czasie wybuchu wojny miałem 24 lat mieszkałem z rodzicami przy ul. Narutowicza 43. Matka moja prowadziła usługi pralnicze, pamiętam jak 1 września 39 roku wszedł do sklepu starszy pan jako klient i powiedział do mamy "Wie Pani zaczęła się wojna", nieprzyjemna to była wiadomość, akurat przed nim składałem matce życzenia, bo mama miała na imię Bronisława.

Jako przeszkolony sanitariusz wezwany zostałem kartą mobilizacyjną do PCK przy ul. Niecałej. Dostałem umundurowanie i skierowanie na dworzec PKP towarowy. Mą przełożoną była kobieta, która przekazała mi wóz, który miał służyć do filtrowania wody zatrutej oraz 2 konie i zapoznała mnie z obsługą wozu. Na terenie PKP było bardzo dużo żołnierzy, moje miejsce było przy Kasie towarowej, a obok stał domek parterowy w którym kolejarz z rodziną mieszkał. Wokół domku kolejarza jak i kasy towarowej były okopowe rowy przeciwlotnicze.

9 września 1939 roku nadleciały samoloty nad Lublinem i zaczęły rzucać bomby. Słysząc szum coraz większy samolotów wszedłem do rowu przeciwlotniczego kryjąc się. Bomby spadały na magazyny, które zaczęły się palić. Samoloty znów poleciały do centrum miasta Lublina rzucając bomby i ponownie wróciły na dworzec i okolice rzucając bomby rozpryskowe na łąki.

Ziemia MATKA mnie ocaliła, po odwołaniu alarmu gdy wyszedłem z okopów to domku obok Kasy towarowej nie było.

Mnie udało się (...), pobiegł żołnierz by ukryć się za mur niestety szrapnel ugodził go w szyję, nie żył, pochodził z Lwowa. Nalot spowodował ucieczkę mych koni. Zrobił się chaos, ludzie uciekali na łąki, gdy weszłem do przychodni przy dworcu PKP to nikogo tam nie było, bombardowanie tak wystraszyło ludzi. Punkty zaopatrzenia i pomocy były bez żadnej opieki., dodam, że gdy szłem Krakowskim od ul. Świętoduskiej a Staszica to we wszystkich sklepach wybite były szyby, a wystawy, zegarki, ubrania, buty, materiały były bez opieki. W czasie mej służby zauważyłem, że sanitariuszki które były przeszkolone mdlały w czasie nalotu zamiast pomagać.

Widziałem tragedię

W roku 1943 mieszkałem krótko przy ulicy Żelaznej nr 6 w domu Pana Malickiego. Stan mej rodziny składał się z 3 osób, nas dwoje i córeczka, która karmiona była mlekiem o które w czasie okupacji było trudno kupić. Pewna znajoma mieszkająca w tej dzielnicy dała mi adres gdzie kupowałem to mleko, człowiek ten nazywał się Gruszka, a mieszkał przy ul.

Pewnego listopadowego ranka jak zwykle poszłem po mleko, rano było jeszcze ciemno, gdy byłem na miejscu, ktoś z domowników prosił mnie bym poczekał, odpowiadając DOBRZE, i poszłem wokół domu Pana Gruszki, położenie było na górze więc miałem przed sobą oświetloną panoramę obozu Majdanka i widziałem taki fragment jak na jednym polu biegali tak w nieładzie, ruchy biegania więźniów były bardzo dobrze widziane przeze mnie ponieważ był śnieg.

Po wojnie byłem w obozie na Majdanku i robiłem sprawdzian, a 8 września 2000 roku czytałem w Kurierze Lubelskim artykuł Mańkowskiego Zygmunta o książce pt. "Zwykli Ludzie" napisanej przez Anglika Christopher R. Browning. Więźniowie widziani przeze mnie na polu obozu koncentracyjnego ogrodzone barakami ze wzgórza wyglądało tak jak by człowiek włożył kij w mrowisko mrówek, tak ci więźniowie biegali po polu między sobą. To była masakra wykonana przez Batalion Rezerwy Policji Porządkowej (Ordnugs Polizei) nr 101, którzy zabili 18.000 Żydów 3 listopada 1943 roku.

Następny po Maksymilianie Kolbe

Był rok 1950 szedłem do kościoła tj. Katedry w niedzielę, przed Katedrą po lewej stronie jak się skręca do Bramy Trynitarskiej stał drewniany kiosk gdzie można było kupić książki do nabożeństwa, kupiłem tam cienką książeczkę o MAKSYMILIANIE KOLBE, przeczytałem ją parę razy i pomyślałem, że ja też przyczyniłem się do uwolnienia z obozu na Majdanku więźnia.

W radio i prasie a ostatnio w TV słucha się i czyta i ogląda o bohaterach którzy ukrywali Żydów, ci ludzie dostają za to medale polskie i żydowskie. Wprawdzie Maksymilian Kolbe wystąpił z szeregu prosząc Niemca o zamianę i zginął męczeńską śmiercią, czyli 1 za 1, jeśli chodzi o liczebność bo w obozie zagłady ludzie to cyfry. W mych wspomnieniach jest inaczej, czyli 1+1, ja byłem wolny w czasie okupacji a pomogłem matce syna w wyjściu z obozu śmierci to jest MAJDANKA. Postanowiłem opisać obecnie więźnia, który miał nr 3071 i nazywał się SAGAN Józef mieszkający obecnie w Lublinie do dziś.

W czasie okupacji niemieckiej matka moja prowadziła usługi pralnicze przy ulicy Narutowicza 43 i tam też zamieszkiwała. Ja mając ukończoną szkołę włókienniczą byłem zatrudniony u matki, bo firma figurowała na matkę, poza pracą usługową załatwiałem w biurach przez cech sprawy takie jak przydział węgla czy mydła. Był taki dzień gdzie udałem się na ulicę, która obecnie nazywa się I Armii Wojska Polskiego nr 5, tam było biuro pisania podań w języku niemieckim i tam spotkałem starszą kobietę, która mieszkała też przy ulicy Narutowicza nr 37/39; podwójny numer, bo tam była też szkoła, była ona dozorczynią tych domów. Zapytałem: "Co Pani tu robi?"; odpowiedziała płacząc: "Józek, mój syn został przez Niemców złapany"; zapytałem: "Gdzie?"; odpowiedziała: "W kinie "Rialto" na Starym Mieście, teraz jest na Majdanku". Wysłuchałem ją proszącą o pomoc, wprawdzie w tym czasie mówiło się w Lublinie "Tylko świnie siedzą w kinie", przyrzekłem jej pomóc jednak. Pan który pisał podania, poznałem go już wcześniej jak zajmował się nauką języka niemieckiego w mieszkaniu przy ul. Krakowskie Przedmieście 57 I piętro, brałem u niego kilka lekcji języka niemieckiego. Pan ten był wysiedlony z Poznania, a ponieważ moja żona też jest wysiedloną z Poznania to po lekcji trochę żeśmy pogwarzyli sobie. Gdy otrzymałem podanie napisane przez niego na nazwisko Sagan Józef złapanego w kinie "Rialto" w Lublinie w języku niemieckim, powiedział do mnie półgłosem, gdy będzie matka oddawać to podanie Niemcowi do ręki to niech go w rękę pocałuje. Ja i matka Sagana Józefa poszliśmy na ulicę Spokojną i tam pokazałem gdzie ma oddać podanie, przypominając o pocałowaniu w rękę.

Minęła zima, lato i jesiennego dnia przyszła matka Sagana Józefa do mnie na ulicę Narutowicza 43 z jakimś Panem i mówi do mnie: "Przyszłam Panu podziękować z synem zwolnionym"; ja nie mogłem go poznać, twarz miał pełną na głowie kapelusz i porządną jesionkę, dopiero gdy się uśmiechnął- poznałem go. "to Ty Józiek" - rzekłem, odp. była "Tak"; natomiast matka powiedziała: "Nie poznał go Pan, bo on jest jeszcze spuchnięty". Wizyta przebiegała w duchu dobrych życzeń i przeżycia okupacji niemieckiej, doczekania wolnej Polski.

© 2003 Dział Programów i Promocji - Młodzieżowy Dom Kultury nr 2 w Lublinie